Niezależna prasa w PRL
Największą grupę podziemnych tytułów stanowiła prasa zakładowa i związkowa, sygnowana przez konspiracyjne komórki „Solidarności”. Nie była to jednak całość niezależnej produkcji wydawniczej. Powstawały nowe ugrupowania, z których większość wydawała własne czasopisma, często drukowane w tych samych drukarniach. Podstawowy zestaw tematów stanowiły sprawy polityczne, kwestie społeczne i ekonomiczne, ale nie brakowało też innej tematyki. Większość tytułów miała charakter pism informacyjnych, najbardziej znane to warszawski „Tygodnik Mazowsze”, „Wola” czy „KOS”. Duży blok stanowiły czasopisma kulturalne, w których m.in. prezentowano najnowszą literaturę, tłumaczenia z literatur obcych, krytykę i eseistykę. Należały do nich m.in. „Nowy Zapis”, „Wezwanie”, „Kultura Niezależna” czy krakowska „Arka”, które w swoich zespołach redakcyjnych skupiały czołowych polskich humanistów.
Pod koniec lat osiemdziesiątych nasiliła się działalność wydawnicza środowisk młodzieżowych, szczególnie studenckich, skupionych w dużych ośrodkach akademickich. Najbardziej znaczącymi pismami tej grupy były m.in. poznański „Biuletyn Wojenny”, szczecińska „Czarna Skrzynka”, warszawskie „Refleksy” i „Kurier Akademicki”, gdański „Impuls” i „Akademik”, wydawane przez studentów Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach „Bez Retuszu” czy wydawana we Wrocławiu i Łodzi „Gazeta Akademicka”.
Ogółem, jak udało się dotąd ustalić, w czasie od wprowadzenia stanu wojennego do wyborów czerwcowych 1989 r. w Polsce ukazywało się ponad sześćset tytułów wydawanych ponad dwa lata! Jeśli doliczyć do tego pisma o krótszym niż dwa lata czasie istnienia oraz wszelkie efemerydy, liczba ta przekracza 5 tysięcy. A przecież każdy tytuł, każdy kolejny numer – to ludzie, ich czas, praca, wysiłek organizacyjny, ryzyko aresztowania, rewizji i niemałego wyroku; to nielegalne spotkania redakcyjne, setki podziemnych drukarzy, tysiące kolporterów każdego dnia przemierzających miasta i całą Polskę z wyładowanymi prasą plecakami i torbami, tony nie wiadomo jak zdobywanego reglamentowanego przez państwo papieru i farby drukarskiej – jednym słowem, nieprawdopodobny wysiłek w imię wolnego słowa, które w tamtych czasach, jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus – „słychać było jak dynamit”.
Prof. Danuta Dąbrowska
1|




























